Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wolska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wolska. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 stycznia 2022

Zapisany kościół. Księga Wyjścia świętego Wojciecha w roku nr 44 przeszłego wieku.



Dzień dobry. Exodus. Nagle zjawiły się legendarne inskrypcje 1944 roku, ukryte przed widzeniem na kilkadziesiąt lat.

Zostawiali je na ścianach wolskiego kościoła przymusowi uchodźcy z Powstania – ludność cywilna, zwykli ludzie, warszawiacy – będący wyrzucani, wypychani z miasta poza jego granice; to zapiski tych, którzy przechodzili etap drogi krzyżowej u św. Wojciecha, aby potem przez obóz w Pruszkowie (Dulag) trafić do Rzeszy lub jeszcze dalej – do wieczności. Nie wiedzieli, czy przeżyją, więc chcieli zostawić po sobie jakiś ślad. Przy samym kościele Niemcy zabili 400 Polaków.




W ukryciu mogła pomóc napisom pogłoska, że zostały zniszczone podczas remontu kościoła na początku lat 70. Wtedy przestano zwracać uwagę na jego mury.
Dlaczego ukazują się właśnie teraz – na chwilę przed dniem Wszystkich Świętych, dniem pamięci o zmarłych? Mniej więcej, już właśnie wtedy pod kolczastym płotem na granicy polsko-białoruskiej zaczęli masowo umierać uchodźcy – uchodzący z innych czasów, innych miast, innych wojen, wierzący w innego Boga. To wtedy słowo stało się ciałem, dużą ilością ciał, zaś płot stał się wysokim murem. Wtedy też przypomnieli o sobie uchodźcy 44. Nie byli w stanie dłużej milczeć.


Czy jesteśmy aż tak bardzo źli?
My, rozstrzeliwani niegdyś rycerze.
My, romantyczni bohaterowie. My, niefrancuscy Szopeni i nieniemieccy Kopernikowie.
My z kawaleryjską fantazją i lotami na drzwiach od stodoły.
My z kotwicą, otwartą przyłbicą i butelką benzyny rzucaną w Goliaty.

Odpowiedź brzmi: tak, nie, nie wiem. 


Ostatnie dni października 2021. Cisza na morzu, mróz na granicy. Wejście w kościele, mroczny przedsionek. Wchodzimy. Dwie minuty i już czujemy, że coś nas skanuje; że bardzo, ale to bardzo uważnie i bardzo głęboko nas przegląda. To był właśnie pierwszy zapis: 7 kwietnia 1944 (Wielki Piątek, droga krzyżowa, dzień śmierci Jezusa). Spogląda nas ze ściany przy prawym wejściu, blisko dużego krucyfiksu.

Po chwili z cegły w ścianie na przeciwko ujawnia się kolejna – 16 września 1944 – z podpisem rodziny Siwków, Pawłów i Stachów, a niejaki E. Strzyżewski jest tam 8 sierpnia 1944, czyli 3 dni po największej rzezi na Woli. W niecały kwadrans czytają nas już inne inskrypcje z 1944 roku – inne dni, inne nazwiska, różne adresy; wszystkie daty między sierpniem a październikiem. Inskrypcje pisane ołówkiem przenikają się z tymi rytymi w cegle.
Przeważają inskrypcje z datą Wielkiego Piątku – dnia męki i dnia żałoby. Zapisane są jego daty od 1941 roku aż do późnych lat 60. Jest też Wielka Sobota – czas oczekiwania na zmartwychwstanie oraz żywot wieczny amen.

Odnajdujemy kolejne inskrypcje. Te już przyjrzane nikną w mroku. W zamian wyświetlają się kolejne. Jak slajdy. Z latarką w telefonie obchodzimy cały kościół. W lewej nawie niebieską kredką przygląda się nam Stefan z 17 września 1944, zaś ołówkowy M.A. 30 września 1944 jest w drodze do Pruszkowa. Niedaleko ktoś zapisał datę 3 VI 1945. 25 września 1944 w kościele jest Wanda Szmalik, Sabina Staniszewska pisze, że po stłumieniu powstania kończy etapem w Pruszkowie. Pod nieznaną datą zmarł niejaki Kisiel. W 1961 r. umiera Jerzy Kowal. Przy wejściu patrzy na nas Heniek. W innym miejscu ktoś prosi o bożą łaskę. W całym tym półmrocznym lecz gorączkowym obchodzie nikt nie zwraca na nas uwagi.
Jedynie zakonnica miła zmieniająca kwiaty przy ołtarzu, pyta czy nie potrzebujemy lepszego światła (napisy dla niej również są niespodzianką). Napisów jest dość dużo, w różnym stopniu czytelności i zachowania.



Wracamy następnego dnia. Mamy już lepszą latarkę, bibułkę i ultra myślenie, że zobaczymy więcej dzięki świetle UV. Jak na możliwości słabo religijnego amatora to w świetlistą światłość jesteśmy uzbrojeni po zęby.
Pierwszego listopada jest Wszystkich Świętych – święto wszystkich zmarłych męczenników i świętych, drugiego to Zaduszki – dzień pamięci o wszystkich zmarłych. Oficjalnie kościół św. Wojciecha to kościół św. Stanisława biskupa męczennika, #ŚWSBM; wszyscy jednak wołają go św. Wojciechem – #ŚWW – od nazwy parafii).
Na wschodniej granicy makabryczny ping-pong ludźmi nabiera tempa.


Na Wolskiej, przy głównej bramie kościoła mężczyzna na drabinie próbuje wzniecić biało-czerwoną flagę, Odbywa się to dokładnie pod ryjkiem jednego z maszkaronów. Pytamy, czy nie obawia się tak bliskiego kontaktu? Odpowiada, że to dobrze oswojony demon. Pytamy: — Proszę pana, proszę pana, czy pan wie, gdzie można spotkać proboszcza (chcieliśmy spytać o inskrypcje). Odpowiada bardzo poważnie: — Tak, słucham. – a my błyskawicznie przechodzimy w tryb proszę księdza.


Pokazujemy napisy. Ksiądz proboszcz Andrzej Suchecki słyszał legendę o inskrypcjach z 1944 roku, ale nigdy ich nie widział. Słyszał, że były też zostawiane na ścianach w miejscach otynkowanych – tych, które są obecnie pomalowane na biało. Jest pod dużym wrażeniem. Jest za rzetelnym zbadaniem, konserwacją i zabezpieczeniem odkrycia, ale powinno się to odbywać na sensownych zasadach, nie ingerujących w funkcjonowanie świątyni. Nieprzeszkadzających. Poza tym, ktoś namalował błyskawicę na wschodniej ścianie (konserwowanej, czyszczonej rok wcześniej). Proboszcz twierdzi, że większość nieporozumień i oskarżeń bierze się z braku dialogu, braku rozmowy. W trakcie długiej rozmowy ksiądz zastanawia się nad pochodzeniem napisów. Wymienia wszystkie możliwości: część jest wojenna, część jest pisana po wojnie lub wszystkie są pisane po wojnie. Nie wie, czemu tak bardzo jest eksponowane święto Wielkiego Piątku (poza oczywistym, ogromnym znaczeniu w liturgii Kościoła).



Daty są przemieszane – lata okupacji, powstańczy rok 1944 sąsiaduje z rokiem 1954 lub 63, jest nawet jedna z 79 roku. Na niektórych oprócz nazwisk czy inicjałów są zostawiane adresy – np. na ulicy Grenady. Można doszukiwać się w tym konspiracji ludzi, którzy przeżyli wygnanie z Warszawy i szukali wspólnoty z innymi o tym samym losie. Może to była ich lista obecności? Te z datą 1944 można też odczytywać wprost – że wszystkie pochodzą z tego roku i są zapisane na gorąco, gdy w kościele był obóz. Kilka z nich może takie jest, ale co do reszty to dość magiczna interpretacja. Nawet inskrypcja M.A. „30.09.44 w drodze do Pruszkowa“ może być relacją pisaną już po czasie. Z kolei inskrypcje wielkanocne (Wielki Piątek, Wlk. Sobota) prawdopodobnie wyszły spod jednej ręki. Większość ma charakterystyczny podpis – W. Sa… [n. czytelne]. Zapewne ten sam człowiek napisał „30 IX - kapitulacja Warszawy“ na fasadzie przy lewym wejściu kościoła – inskrypcja, która bardzo nas poruszyła (blogowaliśmy o tym w 2010). Może Wielkie Piątki były pisane w różnych latach, w różnych odstępach czasu, a może były pisane jednego dnia? Może część z nich, szczególnie te późniejsze, mogły być kontynuowane przez innych? Może są świadkowie tych zapisów? Trudno orzec. Trudne o, rzesz! trudny zgryzak! Może to była jakaś tajna organizacja? Może AK w stanie spoczynku? Dużo pytajników dla przyszłych doktorantów inskrypcji habilitacji.


Tych inskrypcji jest kilkadziesiąt, może więcej. Niektóre są zniszczone, niektóre na słusznej drodze do ujawnienia; pokryte łuszczącą farbą i warstwami czasu do zeskrobania. Inne wymagają tylko aptekarskich, cyrkowych zdolności odczytywania pisma ręcznego, aby zidentyfikować podpisane osoby. Innym trzeba pomóc nas zobaczyć. Na pewno większość wymaga zbadania i konserwacji. Powinno się także odszukać innych napisy – zaślepione warstwami farby i tynku. Winno się zrobić kościołowi narodowe prześwietlenie ścian we wszystkich widmach widziaaaalnych i niewidziaaalnych. Zrobić mu głębokiego rentgena – standardowego promienia X lub X-M1 max.


Zapisany kościół bardzo mocno zapisał się w historii. Jego kronika żyje na murach. Każda z tych inskrypcji ma znaczenie pomnikowe, a równocześnie bardzo emocjonalne, bardzo ludzkie i bardzo, bardzo warszawskie.
Wnioskujemy, aby przy takim ładunku przeżytych przeżyć i po odkryciu kroniki ich, zapisany kościół św. Wojciecha jak naszybciej stał się bazyliką. – Wolską bazyliką mniejszą, co najmniej. Być może, jutro odbędziemy w tej sprawie Ważny Telefon po argentyńsku z papieżem.

Genesis. Słuchaj, w 2010 roku pisaliśmy internetowo kilka razy o tym kościele – [tutej] , [tutej] i [tutej] lub jeszcze gdzieś. Między innymi o dużej ilości inskrypcji na jego fasadzie (głównie zachodniej). Mieliśmy wtedy punt kulminacyjny ceglanego szału. Wciągaliśmy zmysłami wszystkie warszawskie cegły. Jedna po drugiej, z bliskiego dystansu. Kilka miesięcy temu ten wpis odświeżył Michał, co jest Pałganem z Woli, podlinkował na grupie, która także Jestem z Woli. Zaczęliśmy rozmawiać o tych napisach we wnętrzu kościoła (że legendarne inskrypcje, że dużo ludzi o nich pamiętało, mieszkańcy Woli, nasze rodziny też pamiętały, że dużo o nich mówiono itd.).. Jednak nie było ani jednego namacalnego dowodu, że w ogóle istniały – np. nie ma ani jednego zdjęcia. Kilkanaście lat temu będąc w szale i pamiętając rodzinną opowieść o wolskim kościele zapisanym inskrypcjami, sprawdziliśmy dokładnie jego wnętrze. Nic nie znaleźliśmy…
Teraz „Jestem z Woli“ nawet ogłosił u siebie na grupie apel o powrót pamięci i o zdjęcia napisów. Nie było odzewu… Zna jednak lokalsa, który pamięta inskrypcje oraz że początku lat 70. już ich nie było (cezurą było jego wyjście z wojska). Wspomniał też, że najwięcej napisów było w przedsionku kościoła. No i jakiś czas potem byliśmy na Sokołowskiej, przypomniała nam się ta historia, wracając wstąpiliśmy w kościół, my plus przedsionek i po chwili spojrzał w nas 7 IV 1944…

Terminus. Smutna wiadomość. Zakonserwowano, czyli zgładzono wszystkie inskrypcje w zachodnim murze kościoła. Wszystkie, które są widoczne na zdjęciach z wpisu 2010 (w tym spektakularny, kaligraficzny podpis "Zieliński i Zielińska"). Wygładzono, częściowo zgładzono też wszystkie ślady po kulach i odłamkach. W październiku skończyły się prace konserwacyjne, nadzorowane przez nieznanych sprawców. W każdym razie, w 2020 r. za ścianę wschodnią odpowiadało Mazowsze. Napiszemy o tym innym razem lub w ogóle.